Ma już ponad sto lat. W swojej historii przechodziła różne okresy, lecz niezależnie od stopnia ich intensywności była wyraźnie obecna w szeroko pojmowanej kulturze. Postęp technologiczny nie pozostawał nigdy bez znaczenia dla jej rozwoju. Z drugiej strony technologia nie determinowała jej charakteru, który co najwyżej powoli dojrzewał, będąc odpornym na gruntowne zmiany. Tak było, aż do wczoraj.Jeden zmysł więcej
Fotografia reportażowa przenika się dość często z innymi fotograficznymi gatunkami - jak np. fotografią etniczną, czy uliczną. Z czasem stała się też w swoim przekazie mniej dokumentalna, a bardziej ironiczna. Są jednak co najmniej dwie cechy, które pozwalają odróżnić ją od innych spokrewnionych fotograficznych gatunków. Pierwszą jest “linia czasowa” - reportaż wiąże się nierozerwalnie z jakimś konkretnym wydarzeniem i datą. Drugą cechą jest narracyjność - gdzie zdjęcia umieszczone w kontekście dodatkowej treści uzupełniają ją, dostarczając tym samym odbiorcy pełniejszy obraz przedstawianego wydarzenia.
Fotografia reportażowa wchodzi stopniowo w nową erę. Generalnie zmiany polegają na włączeniu dodatkowego bodźca do foto-reportażowego przekazu - dźwięku. Nie stanie się to kompleksowo z dnia na dzień, ale ten proces bez wątpienia rozpoczął się już kilka wiosen temu. Za taki wyraźny znak, można przyjąć rozpoczęcie działalności Magnum In Motion w 2004 roku.
Na pierwszy rzut oka, takie uzupełnienie fotografii o dodatkowy komentarz głosowy przypomina w pewnym sensie to, co oferowała prasa już dekady temu - interesujący temat w postaci serii zdjęć i publikowany w towarzystwie tekstowej narracji. Jednak w tym nowszym sposobie prezentacji, tekst niekoniecznie znika, a dodatkowo pojawia się wspomniany dźwięk, który niejednokrotnie może znacznie spotęgować siłę przekazu. Mimo, że nie można nazwać tego rewolucyjną kombinacją, to jednak w przypadku ambitnej fotografii jest to faktycznie ważny moment - nie tylko w historii fotografii dokumentalnej, ale też w dziedzinie mediów.
Burza w mediach
W 2005 roku Brian Storm - były pracownik MSNBC i Corbisu - otworzył niewielką, bo kilkuosobową firmę, która zajęła się produkcją pokazów multimedialnych. Zespół MediaStorm w krótkim okresie czasu pozyskał takich partnerów jak Washington Post, czy National Geographic Society. Na stronie znajdziemy ponad 20 prezentacji, a wśród nich także te uhonorowane prestiżowymi nagrodami, jak na przykład dokument poświęcony konfliktowi w Iraku: “Bearing Witness: Five Years of the Iraq War“.
Przeplatając swoje produkcje wycinkami materiałów filmowych, MediaStorm niewątpliwie posunęło się jeszcze dalej w zmienianiu oblicza fotoreportażu. Jeśli dodamy do tego jeszcze fakt, że model biznesowy w jakim porusza się firma zbliżony jest do tego znanego z rynku fotografii stokowej (gdzie najpierw tworzy się treść, a potem próbuje się ją sprzedać), to mamy niewątpliwie do czynienia z czymś stosunkowo świeżym. Rozwiązanie to wykorzystał dość szybko Los Angeles Times, który dzięki temu mógł jako jeden z pierwszych stworzyć w internecie coś więcej niż tylko kopię swojego papierowego wydania.
Co istotne, MediaStorm wykorzystuje z powodzeniem szereg dobrodziejstw jakie niesie ze sobą internet. Reportażom towarzyszą linki do stron uzupełniających poruszany temat, użytkownicy mogą pozostawiać komentarze, przesyłać informacje znajomym, oraz kupować prezentacje, wydane na DVD. Profesjonalnie przygotowane i podane na równie wysokim poziomie.
Dyktafon w aparacie
Głównym motywem pozostają niezmiennie zdjęcia - pod tym względem nic się nie zmieniło. Nadal też powinny być wartościowe i zawierać w sobie epickość, która jest nieodłączną częścią dobrego reportażu. Fotoreporter działający w pojedynkę, musi wcielić się dodatkowo w role radiowego reportera, rozmówcy - co z miejsca może się okazać dla wielu poważną barierą do stworzenia dobrego materiału.
Nie chcę tu wnikać w tajniki radiowego warsztatu, bo po pierwsze, kilka miesięcy spędzone w szkolnym radiowęźle mnie do tego nie upoważnia, a po drugie z góry należy założyć, że to profesja do której należy mieć odpowiednie predyspozycje. Podobnie też można zakładać, że do przygotowania takiej prezentacji bezpieczniej (profesjonalniej) trzeba będzie zaangażować grupę osób, w której kto inny trzyma aparat, kto inny kamerę, a jeszcze kto inny mikrofon.
W przypadku Magnum In Motion, czy MediaStorm, nad przygotowaniem jednego reportażu pracuje grupa ludzi - z koordynatorem/producentem na czele. W obydwu przypadkach kluczowe są zdjęcia, ale nie bez znaczenia pozostają inne elementy - włącznie z promocją materiału i oprawą graficzną strony internetowej.
Slajdszoł i fotokast
Jak to zazwyczaj bywa w przypadku nowych pomysłów, nie trudno o terminologiczny bałagan. Kolektyw fotografów Visavis zajmuje się już od ponad roku produkcją prezentacji wzbogaconych o ścieżkę dźwiękową, które zostały mianowane fotokastami. Jak sami twórcy tłumaczą - nazwa fotokast powstała z parafrazy terminu ‘podcast’. Można się tylko domyślać na czym polegała owa parafraza, ale charakterystykę podkastów (ang. podcast), czy wideokastów, sporo różni od tego, czym są faktycznie visavisowe fotokasty.
W agnecji TamTam, dla pokazu slajdów z podkładem dźwiękowym przyjęło się używać terminu photocast. W angielskojęzycznym internecie to samo określenie zarezerwowane jest dla podkastów o tematyce fotograficznej, oraz dla funkcji w programie iPhoto, polegającej na subskrypcji wizualnych kanałów RSS (lub Atom) z innych stron publikujących takie treści. Tak czy inaczej, termin fotokast rozpowszechnił już Newsweek i Przekrój, więc nie ma co płakać nad parafrazowanym mlekiem.
8 reportaży, które musisz zobaczyć zanim opuścisz tę stronę
Większość z nich ma charakter społeczny. Każdy działa na inny sposób. Niektóre bawią, inne poruszają, a wszystkie mogą inspirować. Wszystkie są przygotowane z należytą starannością, tak by forma prezentacji nie przyćmiewała tego co chciał nam przekazać fotografujący.
Więcej historii na Magnum in Motion, MediaStorm, Soul of Athens, TamTam Agency, Visavis
Co zatem czeka fotografię reportażową, po tym jak wieszczono jej już niejednokrotnie wyrok śmierci bez ułaskawienia? W ciągu kilku miesięcy nie zobaczymy już ani jednego fotoreportażu w tradycyjnej formie, a wszystkie internetowe tytuły prasowe i portale przyjmą za swój cel produkcję co najmniej kilku społecznych prezentacji multimedialnych tygodniowo. Oczywiście powyższe zdanie jest kompletną nieprawdą. Podobnie jak to, że fotoreportaż chyli się ku zagładzie.
Prawdą jest natomiast to, że fotokasty, prezentacje, czy jakkolwiek inaczej nazwiemy te multimedialne utwory, są w pewnym sensie produktem ekskluzywnym. Ich produkcja wymaga stosunkowo większej ilości czasu, jak i nakładów finansowych. Wypełnienie zdjęciami galerii, pod dowolnym tematem w portalu, nie jest dziś uciążliwe, ani jakoś specjalnie kosztowne. Natomiast stworzenie prezentacji multimedialnej na odpowiednim poziomie jest już konkretnym wyzwaniem - szczególnie dla małych redakcji.
Inną kwestią jest dojrzałość redakcji do urzeczywistnienia tego rodzaju przedsięwzięć. Mam na myśli zarówno redakcje prasowe prowadzące swoje wydania internetowe, jak i te skupione jedynie na publikacji w ramach portali. W takich miejscach jak Gazeta Wyborcza - Fotografie, wprowadzenie multimedialności byłoby nie tylko bardzo mile widziane (chociażby z uwagi na wielkość i jakość ciągle powiększanego archiwum), ale właściwie wskazane.
W tym momencie pojawia się delikatny sygnał o niszy. Trudno powiedzieć, czy już teraz, czy może za 50 tygodni, ale zapewne pojawi się popyt dla grupowej kreatywności, która swoim poziomem nie ustępuje MediaStorm, ale jednocześnie mówi po polsku i wystawia faktury w złotówkach.
Endcast
Tak na zakończenie przyszło mi do głowy, że jeszcze przed erą cyfrowości mistrz Henri Cartier Bresson, albo Weegee mogli doświadczyć wrażeń podobnych do tych serwowanych przez multimedialność.
Wyobraźmy sobie mroczny pokój Weegee’ego. Za ścianą sąsiadka ćwiczy Habanerę Bizeta. Na sznurku seria suszących się zdjęć, układających się w jedną całość. W tle słychać radiowy reportaż z miejsca zbrodni, którą właśnie Weegee przed chwilą sfotografował. Mistrz tylko kiwa głową i mruczy pod nosem - “Ach ta multimedialność”.

















Dla osób które profesjonalnie zajmują się dziennikarstwem (nieważne czy fotorportaż, reportaż tradycyjny, radiowy czy telewizyjny), podstawą jest umiejętność zbierania informacji. Sam chodzę z dyktafonem kiedy fotografuję, i jeśli z danego wydarzenia zbieram informacje nagrywam je właśnie na dyktafon, bądź zapisuje na kartce. Później wystarczy informacje upisać i je przeczytać, a potem można wzbogacić jakimiś dźwiękami w tzw. “setce”, czyli 100 procent dźwięku (w tv dodają jeszcze 100% obrazu). Oczywiście produkcja fotokastu jest bardziej czasochłonna aczkolwiek wcale nie trudniejsza, ale o wiele bardziej oddziaływająca na czytelnika. Myślę również, że taka forma bardziej zwróci uwagę na nazwisko danego fotografa. Niestety jest też minus :( Za taką pracę tylko początkowo fotografowie mogą liczyć na więcej pieniędzy za swoją pracę, dopóki ta nie stanie się standardem. Przykład? Dziennikarze internetowi, oprócz zwykłych dziennikarzy stali się fotordytorami (muszą znajdować zdjęcie), edytorami (formatować tekst do potrzeb internetowych), a wcale im za to więcej nie płacą. A szkoda…
Zgadzam się Jacku, że dyktafon jest pomocny w pracy reportera, jednak to jeszcze daleka droga aby przygotować dobry materiał do podkładu.
Co do dziennikarzy internetowych parających się dodatkowymi zajęciami z zakresy fotoedytorstwa to wyniki takich oszczędności można od razu zobaczyć w większych portalach i nie jest żadną tajemnicą, że ta oszczędność odbija się na jakości. Tam jednak nigdy o jakość nie chodziło.
Nie wierzę w to, że to będzie jakiś stały, solidny kierunek. Wg mnie za mało powstaje materiałów tak spójnych, by je prezentować w tej formie. No, ale rzeczywiście, może sama moda na fotocasty to zmieni. :)
Nowa era? Dyktafon w aparacie to zwykłe ułatwienie dla fotografów opisujących zdjęcia… Zamiast na kartce zapisywać nazwiska i wygląd poszczególnych ludzi (dyrektor Kowalski - wysoki, łysy; Nowak - niski, blondyn) łatwiej przypisać do zdjęcia notatkę głosową: “Kowalski, dyrektor”. Koniec. Bez radosnej ideologii o (re)wolucji…
Świetnie przedstawione zagadnienie. Autor trzyma formę nieprzerwanie. Bardzo mi się podoba, że nie traktujesz tematów po łebkach, ale prezentujesz je w całej rozciągłości.
Kaktus nie tylko nie przeczytał (a może tylko nie zrozumiał) tekstu, ale nawet powyższych komentarzy. Jak widać nie ma możliwości trafienia do każdego.
Zgadzam się - bardzo dobrze opisane. Sam często żałuję, że z dyktafonu nie korzystałem, nie tylko przy dokumentacjach, ale i podczas zwykłych wycieczek, kiedy chciałbym sobie potem w domu uporządkować zdjęcia.
5+ za temat / wpis / linki :)
świetny temat, sama zetknęłam się jakis czas temu z taką formą prezentacji zdjęć, muszę przyznać, że bije na łeb niejeden filmowany reportaż. tutaj moim zdaniem mistrz polskich fotocastów: http://www.aleksanderprugar.com/galerie.html
[...] Zapraszam również do przeczytania ciekawego artykuły poświęconego fotokastom na blogu Fotografia 2.0 link [...]
No i cóż, od publikacji tego artykułu minął prawie rok i nadal w Polsce nie mamy zbyt wielu twórców dobrych, ciekawych fotokastów (chyba, że o czymś nie wiem;)) A szkoda…
Tu znajdziesz ciekawe materiały: http://fotocasty.pl/